10 lipiec 2019

Voo Voo: Sedno

fot. Marcin Masilewski / agora
Rozmowa z Wojciechem Waglewskim
REKLAMA
Dotychczasowy dorobek twojego Voo Voo w zakresie wydawnictw koncertowych jest dość imponujący, a po ubiegłorocznym rocznicowym boksie z dodatkowymi dyskami live jeszcze się powiększył. Dlaczego więc postanowiliście dorzucić kolejną taką pozycję, Suwałki Blues Festival 2015 – Bielszy odcień bluesa? 

Odpowiedź nie jest wcale taka oczywista, tym bardziej, że to już druga płyta zawierająca materiał z albumu Dobry wieczór zagrany na żywo. Ale te utwory naprawdę dobrze się gra. Myślę, że to najwdzięczniejszy materiał do grania w historii Voo Voo. Poza tym wersja z Jarocina z Alimem Qasimovem ma jednak nieco inny wymiar niż ta z Suwałk, która jest odmienna repertuarowo i dodatkowo wzbogacona o partie chóru. A tak już zupełnie na marginesie – płyta suwalska jest wydawnictwem anonsującym nowy cykl wydawniczy, w ramach którego będą się ukazywać kolejne koncerty otwierające Suwałki Blues Festival.


Jak w ogóle doszło do tego, że zespół Voo Voo wystąpił jako gość specjalny na imprezie po-święconej muzyce bluesowej? 

Dostaliśmy zaproszenie od Janka Chojnackiego i nie ukrywam, że bardzo mi się ten pomysł spodobał. Bo muzyka bluesowa od samego początku tkwi u korzeni muzyki rockowej i do tego się bez przerwy wraca. To właśnie blues jest sednem tego najfajniejszego rocka – improwizowanego, swingującego, pełnego emocji. Ale jego echa można też znaleźć w hard rocku, w metalu czy nawet w hip hopie. Skazywanie muzyki bluesowej na skansen jest przedwczesne. Dowiódł tego choćby znakomity cykl filmowy o bluesie, zrobiony m.in. przez Martina Scorsese i Clinta Eastwooda (The Blues z 2003 roku – przyp. mś). Moim zdaniem śledzenie tego, co dzieje się współcześnie z tradycjami bluesowymi, może być bardzo pouczające dla każdego, kto interesuje się muzykowaniem. Zresztą ja w ogóle bardzo sekunduję wszelkim poczynaniom, które nie odcinają młodych ludzi od przeszłości. W tym roku też zagrałem w Suwałkach, tyle że tym razem z moimi synami.

Dlaczego w programie znalazły się wyłącznie utwory z albumu Dobry wieczór? 

Bo to chyba najspójniejsza ze wszystkich płyt Voo Voo. Z reguły nasze wcześniejsze wydawnictwa były dość eklektyczne i rozchwiane stylistycznie. Natomiast tutaj – z wyjątkiem utworu tytułowego, który jest czymś w rodzaju powitania – wszystko jest bardzo spójne. W dodatku ma dość specyficzny, bluesowo-mantrowy charakter. Ważną rolę odgrywają tu na pewno te charakterystyczne zaśpiewy, które na koncercie wykonuje chór i które moim zdaniem mają właśnie taki źródłowy, tradycyjny klimat. Pobrzmiewają w nich jakieś echa pieśni amerykańskiego Południa. Z pozoru część z tych pieśni, jak choćby Dokąd idą, wydaje się dość odległa od muzyki bluesowej. Ale jak się w nie lepiej wsłuchać, to tak naprawdę pod względem klimatu są temu bluesowi znacznie bliższe niż wiele rzeczy zagranych nawet na skali bluesowej, które robiłem na poprzednich płytach. Tutaj zdecydowanie bardziej liczy się charakter muzyki, a nie dosłowność i pentatonika.

A improwizacja? 

Improwizacja jest wpisana w definicję zespołu Voo Voo. Muzyka pozbawiona improwizacji w ogóle mnie nie interesuje. Granie tego samego przez całe życie musi być potwornie nudne. Kiedy zaczynałem bawić się muzyką, rock z założenia był improwizowany. Później to się zmieniło, ale od jakichś 10 lat znowu widać wśród młodych ludzi tęsknotę do tego, by muzyka była grana przez muzyków i niosła ze sobą prawdziwe emocje. Pojawili się artyści w rodzaju Jacka White’a czy The Black Keys, w Stanach bardzo popularne stały się klasyczne trzyosobowe składy rockowe i naprawdę jest zapotrzebowanie na taką muzykę. Nawet jeśli nie widać tego w mediach, gdzie cały czas serwuje się słuchaczom trzyminutową piosenkę w formie skompresowanej pigułki – jak jedzenie w tubce albo streszczenie lektury szkol¬nej. To jest substytut muzyki. Ale myślę sobie, że to nie ma nic do rzeczy. Bo rock tak naprawdę już dawno zniknął z mediów. Zaczął funkcjonować na zasadzie muzyki klasycznej, poza przekazami medialnymi. Nawet ci najwięksi zrezygnowali z robienia form radiowych – na ostatniej autorskiej płycie Boba Dylana najkrótsza piosenka ma chyba z pięć minut. I moim zdaniem to jest właściwa droga. Muzyka rockowa nie wytrzymuje tej szybkości i tych napięć, które proponują media, one zaś nie są zainteresowane tym, by słuchacz pomyślał albo się wzruszył.

Już kilka razy w naszej rozmowie pojawił się chór Suwałki Gospel Choir, który towarzyszył wam podczas koncertu. To również była spontaniczna akcja? 

Akcja była spontaniczna, aczkolwiek bardzo precyzyjnie wypróbowana. Generalnie lubimy wspomagać artystów w miejscach, w których się pojawiamy i tutaj również wpadliśmy na pomysł, żeby na scenie pojawił się ktoś z Suwałk. Szczerze mówiąc wcześniej nic nie wiedziałem o tym chórze, zresztą dopiero na miejscu dowiedziałem się, że to jest chór amatorski. W rezultacie postanowiliśmy tę ich amatorskość wykorzystać, postawić na emocje i zamiast wielogłosowych partii, które oni z początku przygotowali, namówiliśmy ich na śpiew unisono. W międzyczasie okazało się też, że jedna z pań bardzo pięknie śpiewa białym głosem – i to również wykorzystaliśmy. Takie wielopoziomowe spotkania na poziomie międzykulturowym zawsze nas niezwykle cieszą.

rozmawiał: MAREK ŚWIRKOWICZ

Wywiad ukazał się w numerze „Teraz Rocka” z września 2017 roku. Obecnie w sprzedaży dostępny jest lipcowy numer pisma, w którym redakcja sporo miejsca poświęciła takim wykonawcom jak: Disturbed, The Black Keys, Sabaton, King Crimson czy Nocny Kochanek. Pismo dostępne jest w kioskach w całej Polsce oraz na stronie TerazMuzyka.pl.
PRZECZYTAJ JESZCZE
REKLAMA

Kalendarz Wydarzeń / Koncertów / Imprez w Polsce