„Taniec na gruzach" Nina Novak w rozmowie z Wiktorem Krajewskim

„Jestem tancerką klasyczną, więc mam to we krwi, że nigdy nie patrzę pod nogi, ale przed siebie. Ot, taka postawa. Również wobec życia”.
REKLAMA
„Wojna była niczym brzytwa, której ostrze przecięło nasze więzi, takie przecież mocne. Zburzyła to, co było naszym fundamentem: rodzinę. Tylko to przecinanie nie było natychmiastowe, od razu, było powolne. Do dziś się zastanawiam, jak wyglądałoby moje życie, gdyby nie wojenny koszmar, w którym przyszło mi żyć. Nikomu się to nie należało, a już z pewnością nie dzieciom. A ja nie byłam nikim innym, tylko dzieckiem otoczonym wyjątkową dozą miłości. Miłość przepełniała nasz dom i dawała nam wszystkim siłę, ale wojna ją odbierała stopniowo. Była chorobą wyniszczającą nas wszystkich. I nie było sensu szukać w panice remedium na tę sytuację. Wszyscy czuliśmy tę niemoc. Miłość została nią przepełniona. I beznadzieją, znojem, trudami. Nie ma chyba w życiu gorszego uczucia niż bezsilność i świadomość, że cokolwiek się zrobi, na jakiekolwiek kroki się człowiek odważy, wszystko okaże się zgubne, bez większego sensu. My próbowaliśmy iść przez te wojenne korytarze. Ledwo. Czasami brakowało nam już tchu. Czasami brakowało nam sił.

Czasami trafialiśmy do zaułka, z którego nie było wyjścia. I musieliśmy na ślepo szukać dziury, przez którą mogliśmy uciec. Jak jakieś szczury. Byłabym dzisiaj kompletnie innym człowiekiem i moje losy potoczyłyby się zupełnie inaczej. To na pewno. – A trudna była pani życiowa ścieżka? – Z pewnością mogę powiedzieć, że miejscami była wyboista. – Czyli trudna. – Potknęłam się niejeden raz, przewróciłam też. Za każdym razem wstałam, otrzepałam się i szłam dalej. Nina uśmiecha się na myśl, co za chwilę padnie z jej ust. – I zawsze szłam wyprostowana. – Wyprostowana? – Tak. Jestem tancerką klasyczną, więc mam to we krwi, że nigdy nie patrzę pod nogi, ale przed siebie. Ot, taka postawa. Również wobec życia. Przełamaliśmy pierwsze lody. Trudności jednak pojawią się przed nami jeszcze nie raz, nie dwa. Życie Novak okaże się pasmem z trudem podejmowanych decyzji. Czasami heroicznych.”

”Jakim człowiekiem byłaby dziś pani? – Bez tych wszystkich blizn. Ich nie widać na moim ciele, ale ja je mam tu, w środku. One się już nigdy nie zagoją. I  choćby nie wiem jakie szczęście spotkało człowieka, zawsze będą. O wojnie się nie zapomina. Wspomnienia przychodzą co jakiś czas, w momentach, w których się ich nie spodziewasz. Są w twoim życiu nieproszonym gościem, którego nie wiesz, jak wyrzucić. Ja nie wiem, a bardzo bym chciała. Widzę, że jej oczy zachodzą łzami. Lawiruję, staram się szybko zmienić temat na przyjemniejszy, taki, który przywróci uśmiech na jej twarzy. Ma w nim coś takiego, że gotów jesteś uchylić jej nieba. – Na czym polegała pani wyjątkowa relacja ze starszym bratem Józiem? Udało się, wrócił. – Byliśmy do siebie bardzo podobni. I chodzi tu zarówno o względy psychiki, jak i fizyczności. Chociaż ja uważam, że Józio był dużo ładniejszy ode mnie. Miał niezwykle szlachetne rysy twarzy, był też szczupły, wysoki… Tak go będę pamiętać już do końca swoich dni. Czyli niedługo, bo mam dziewięćdziesiąt sześć lat, więc jestem już na finiszu. Zaraz wszystko się skończy, na tym polega przecież życie. Chyba nawet nie chciałabym żyć wiecznie, bo wokół ciebie odchodzą inni, a ty dalej jesteś. Życie bez bliskich traci sens.”

BALET – POCZĄTKI

„Nauczycielka poprosiła, żebym przy najbliższej okazji przyszła do szkoły z rodzicami, bo koniecznie musi z nimi porozmawiać. Wiedziałam, że nie chce naskarżyć na mnie albo opowiedzieć o moim złym zachowaniu, bo raczej należałam do uczennic spokojnych i lubianych przez rówieśników. Może nie byłam wzorową uczennicą, ale z pewnością nie miałam na koncie żadnych szkolnych przewinień, za które należała mi się nagana lub kara. Szłam więc z mamą do szkoły z czystym sumieniem. Pani od wychowania fizycznego już na samym początku nie szczędziła komplementów pod moim adresem. Uśmiechała się do mamy, wychwalała mnie, że rzadko kiedy można spotkać tak giętkie dziecko, które wcześniej nie trenowało gimnastyki artystycznej.

Rzeczywiście, dopiero w szkole zdałam sobie sprawę z tego, że inne dzieci nie potrafią ot, tak zrobić mostka czy szpagatu. A mnie to przyszło z dużą łatwością, zupełnie bez wysiłku. – Zasugerowała, że powinna pani pójść do szkoły baletowej? – W trakcie rozmowy nauczycielka poprosiła mamę, żeby nie marnowała mojego czasu, zapału i talentu. Namawiała również, aby mamusia nie zastanawiała się nawet minuty i zapisała mnie do szkoły baletowej, w której pod okiem pedagogów na światowym poziomie zdobędę umiejętności taneczne. Wtedy warszawska szkoła baletowa była placówką nader elitarną, w której kształcili wybitni choreografowie.

Ich metody nauczania zdobywały szerokie uznanie środowiska tanecznego. – Mama od razu przystała na ten pomysł? – Targały nią sprzeczne emocje. Z jednej strony zdawała sobie sprawę, że skoro usłyszała taką opinię od nauczyciela, nie powinna jej lekceważyć. Z drugiej nie do końca pasowała jej wizja córki, która poświęca się sztuce. Artystki nie kojarzyły się z niczym dobrym, miały raczej marną reputację, więc stąd brały się ogromne wątpliwości mojej mamusi, która wywodziła się z szanowanego rodu Orlińskich. Poczuła zgrzyt między swoją rodziną a wizją mojej przyszłości. – A pani jak podeszła do perspektywy uczenia się baletu? – Oczami wyobraźni widziałam siebie tańczącą na scenie. Wywijającą piruet za piruetem. Na sam koniec kłaniałam się wszystkim, a publiczność nagradzała mnie gromkimi brawami wstawała z miejsc. Oczywiście, moje wyobrażenie o balecie miało się nijak do rzeczywistości, którą później skonfrontowałam z marzeniami. Ze szkoły szłyśmy z mamą pieszo do domu. W trakcie spaceru nieśmiało zadałam mamie pytanie, czy zgodzi się, żebym chodziła na lekcje tańca. Mama nic mi nie odpowiedziała, co oznaczało, że wcale nie jest takie pewne, że zostanę baletnicą. I w ten sposób piruety w moich wyobrażeniach stały się jakieś mniej udane, brawa wydawały się cichsze, a publiczność wyglądała na mniej entuzjastyczną. Tego wieczoru, gdy leżałam w łóżku i zasypiałam, modliłam się po cichu, żeby mamusia zgodziła się na propozycję nauczycielki i uznała, że taniec to wspaniały pomysł na moją przyszłość. Gdy następnego ranka zapytałam mamę, czy już podjęła decyzję, spotkałam się wyłącznie z jej przenikliwym spojrzeniem. Już zrozumiałam, że modlitwa to za mało. Wiedziałam, że krzyki, piski i płacz nie pomogą, więc musiałam czekać, aż mama pójdzie po rozum do głowy, bo zobaczy, jaka to moja wielka pasja.

Musiało upłynąć jednak wiele czasu, żeby mamusia wreszcie stwierdziła, że powołaniem jej córki jest taniec. Mój brat Edmund też wykazywał duże zdolności taneczne. W jego przypadku rodzice nie wahali się długo, bo już przetarłam szlaki w szkole baletowej i okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują.”

„Ja miałam w życiu dużo szczęścia, bo szkoła baletowa była dla mnie jak dom. Dom, w którym mogę pozwolić sobie na same przyjemności. Taniec był… Źle! Taniec nieprzerwanie jest moją przyjemnością, i to od prawie dziewięćdziesięciu lat. Nic tego nigdy nie zmieni.”

NIŻYŃSKA

„ Miała pani po prostu szczęście? Ot, tak, zwykłe szczęście? Zaraz udowodni, że potrafi odpowiedzieć szczerze do bólu.

Może użyłam złego słowa. Nie miałam na myśli głupiego szczęścia czy trafu. Niżyńska dostrzegła we mnie talent. Wielki talent, co podkreśliła kilkakrotnie, wskazując moją osobę. Na taką odpowiedź pan liczył? Właśnie na taką. Szczerą do granic możliwości. – Gdy tylko się okazało, że Bronisława Niżyńska przyjeżdża do Warszawy, a jej zadaniem będzie stworzyć pierwszy w historii Polski Balet Reprezentacyjny, poczułam, że chcę się stać jego częścią. Marzyłam o tym i jeszcze chętniej ćwiczyłam piruety. Musiałam być bardzo dobra, żeby znaleźć się wśród tancerzy, którzy będą z godnością reprezentować nasz kraj na europejskich scenach. Moja ciężka praca się opłaciła. Zresztą ciężka praca zawsze się opłaca. Fakt, że Niżyńska spośród wielu dziewcząt wybrała właśnie mnie, był dla mnie czymś znacznie większym niż namaszczenie. Bo Bronisława Niżyńska była kimś znacznie większym niż autorytet w świecie tańca.

Geniusz, wybitna jednostka, prawdziwa prekursorka baletowej rzeczywistości, bogini… Należała do nauczycieli, którzy nie głaskali po głowie i nie przebierali w słowach. Jednym zdaniem potrafiła zmieść człowieka z powierzchni i doprowadzić do łez. Zdradziła mi wiele sekretów, jeżeli chodzi o taniec. Najważniejszym był ten, jak powinno się ustawić kręgosłup do tańca. Otworzyła mi głowę, bo jej sekret jest dość prosty, ale odgrywa znaczącą rolę dla tancerza.

Wiedzą, którą posiadłam u Niżyńskiej, dzielę się ze swoimi uczniami do dziś.Spotkanie z Bronisławą należało do tych, które zapamiętuje się na całe życie, a jedne zajęcia potrafiły zmienić kąt patrzenia na taniec i nakierować tancerkę na rzeczy, które teoretycznie wydawały się drobnostką, ale w rzeczywistości miały kluczowe znaczenie. Jej pochlebna opinia sprawiła, że skakałam ze szczęścia, z poczucia, że jestem wyjątkowa. Sama bogini tańca – sama Niżyńska! – zwróciła na mnie uwagę.

Jaka ja byłam przeszczęśliwa, że usłyszałam z ust taty oficjalną zgodę na wyjazd z Niżyńską! Nie potrafiłam ukryć, że sprawił mi ogromną radość. Obiecałam: będę na siebie uważać i mogą być pewni, że nic złego się nie stanie. Mnie nawet nie chodziło głównie o to, żeby zobaczyć Paryż czy Londyn. Sam fakt, że obcowałam

96 TANIEC NA GRUZACH TANIEC NA GRUZACH  97

z kimś pokroju Niżyńskiej, był wielkim wyróżnieniem i ogromną szansą. Bo jeżeli mamy się czegoś uczyć, to od najlepszych. A Bronisława Niżyńska należała do elity świata baletowego, chociaż nie do końca została doceniona za życia. Być może fakt, że jej starszy brat, Wacław Niżyński, był ikoną świata baletowego, wcale nie okazał się aż tak pomocny, jak mogłoby się to wydawać. Poniekąd żyła w jego cieniu.”

WYSTĘPY ZAGRANICZNE

„Musiałam zawalczyć o swoje marzenia, a miałam silnych przeciwników w postaci rodzicieli. Jednak jak już powiedziałam: cel uświęca środki. Tylko są granice, których się nie przekracza. Ale ja wtedy byłam bardzo blisko, żeby zrobić wszystko, co w mojej mocy, i postawić na swoim. – O czym pani teraz mówi? – O roku, w którym w Warszawie pojawiła się jedna z najwybitniejszych Polek w światowym balecie, czyli Bronisława Niżyńska. Był 1937, a jej celem było zbudowanie kompanii, która miała udać się w trasę do Londynu oraz Paryża. Zespół wybrany przez Niżyńską miał reprezentować nasz kraj na arenie międzynarodowej. Miałam na tyle szczęścia, że w trakcie przesłuchań znalazłam się w zaszczytnym gronie Polskiego Baletu Reprezentacyjnego.”

„W Paryżu pani mentorka zdobywa ważną nagrodę i następnie z Francji przenosicie się do Londynu. – Był to rok 1938. Szalony czas, w którym dokładnie zapoznałam się z tym, jak wygląda życie tancerki. Spodobała mi się ta wizja: odwiedzam największe sceny świata, spotykam ludzi, których w Warszawie nie byłoby mi dane zobaczyć. Poznaję inną kulturę, inne obyczaje. Przed wojną świat nie był na wyciągnięcie ręki i nie stał przed młodymi ludźmi otworem, tak jak ma to miejsce dzisiaj. Bardzo ciężko pracowaliśmy i niestety nie zwiedziliśmy Paryża czy Londynu. Nie poznałam tych miejsc, ale sama myśl, że byłam w tak odległych zakątkach Europy, napawała mnie dumą. Chciałam tak żyć. Pragnęłam tego jeszcze bardziej niż dotychczas. Pamiętam radość mojego Józia, który mocno trzymał kciuki za moje powodzenie i na każdym kroku wspierał mnie dobrym słowem. Był moim dobrym duchem. Najlepszym przyjacielem, dla którego gotowa byłam zrobić wszystko. Do dzisiaj pamiętam szczęście, które dostrzegłam w jego oczach, w głosie, gdy dowiedział się, że Niżyńska wybrała właśnie mnie. Józio zawsze mi kibicował i trzymał za mnie kciuki. Niezwykle ważne jest mieć obok siebie człowieka, który tak bezgranicznie wierzy w ciebie, który nieważne, co się stanie, zawsze wesprze cię dobrym słowem. Nieszczęściem dla mnie była wiadomość, że Niżyńską wraz z powrotem baletu do Polski odwołano ze stanowiska. Była to dotkliwa strata dla nas wszystkich, ponieważ jej wiedza, wskazówki i osobowość miały na nas olbrzymi wpływ. Ona była urodzona do roli pedagoga. Niestety, spotkała się z niezrozumieniem, a tym samym dużą krytyką. Wielu wspaniałych artystów nie jest docenianych za życia. I z pewnością o Niżyńskiej tak właśnie można powiedzieć. Czasy, w których przyszło jej żyć, nie rozumiały jej. A to wielka szkoda… – Kolejnym pani niewątpliwym osiągnięciem jako szesnastoletniej baletnicy był wyjazd wraz z całym zespołem baletowym do Nowego Jorku. – Wiadomość, że wraz z  baletem wystąpimy na Wystawie Światowej, która odbywała się wiosną 1939 roku w Nowym Jorku, była wydarzeniem, o którym dziewczęta w moim wieku mogły tylko śnić. Przecierałam oczy ze zdumienia, bo wyprawa za ocean do miejsca, o którym można było tylko usłyszeć czy przeczytać, wydawała się wręcz nierealna.”

Nowy Jork

"Gdy przyjechaliśmy do Nowego Jorku, rozpoczęło się istne szaleństwo! I nie przesadzam, używając tego słowa.

Spędzaliśmy sporo czasu na próbach, żeby następnie iść do hotelu, chwilę odpocząć, i biegiem udawaliśmy się do teatru. Głównie skupialiśmy się na zaprezentowaniu obcej publiczności typowych polskich tańców. Mnie przypadło w zaszczycie tańczenie solówki, która była moją własną interpretacją mazurka. Ogrom pracy spowodował, że tak naprawdę nie miałam sposobności, żeby zwiedzić Nowy Jork. Zanurzyć się w mieście, które wydało mi się niezwykle fascynujące i przyciągające. Obiecałam sobie, że nie jest to mój pierwszy i zarazem ostatni raz w tym miejscu. Że jeszcze przyjdzie dzień, kiedy po raz kolejny będę mieć szansę zobaczenia tego frapującego mnie zakątka świata.

Przejść się alejami. Poczuć wielkomiejską atmosferę, kompletnie różną od warszawskiej. Pamiętam, że gdy przyszedł dzień wyjazdu, popłakałam się. Płakałam nie dlatego, że wracałam do miejsca, do którego nie chciałam wracać. Nic z tych rzeczy! Ogarnęło mnie wzruszenie… Rozczuliłam się, bo spełniałam swoje marzenia w Nowym Jorku! Poruszyło mnie to tak bardzo, bo jeszcze kilka lat temu nawet przez myśl mi nie przeszło, że będę reprezentować mój kraj na międzynarodowej scenie podczas ważnego wydarzenia, na które zapraszano elitę. Byłam wśród wybitnych tancerzy. Z jednym z najlepszych nauczycieli baletu na świecie.”

WOJNA

„Przez całe życie towarzyszyć mi będzie jedna scena. To było bodajże na ulicy Marszałkowskiej. Żandarmeria złapała młodych ludzi, którzy mieli zostać rozstrzelani. Zanim doszło do egzekucji, Niemcy na siłę wkładali im do ust wapno.

Tylko po to, żeby nie krzyczeli: „Jeszcze Polska nie zginęła”. To był widok, który do dziś sprawia, że skóra mi cierpnie i robi mi się słabo. To białe wapno wpychane w szale… Tak nie zachowuje się człowiek. Niemcy bardzo lubili, gdy Polacy byli świadkami masowych egzekucji. Miało to stanowić dla nas przestrogę, że nigdy nie zna się dnia i godziny, gdy przyjdzie nam zapłacić za nasze haniebne czyny. Tylko co jest haniebnego w walce o niepodległość? Że w obliczu zagrożenia pojawia się w człowieku pragnienie przeżycia? Każdy z nas chce żyć jak najdłużej. I naturalne jest to, że gdy ktoś nam zagraża, walczymy w każdy sposób. Ten widok ciał wiszących na latarniach, łapanki w tramwajach, ten codzienny strach… Niby stają się one codziennością, ale ta codzienność uwiera, aż boli. Wpija się w nasze ciała, w nasz umysł, w nasze dusze…”

„Był pierwszy dzień września 1939 roku. Pamiętna data dla nas wszystkich. Dzień, w którym zmieniło się wszystko, losy nas wszystkich. Ćwiczyłam wtedy z  innymi tancerzami w  sali, gdy nad Warszawę nadleciały niemieckie samoloty. Ten huk bomb… Nina urywa w pół zdania. Zamiera. Patrzy gdzieś w otchłań swojej pamięci. Czegoś w niej szuka. Zamyka niespodziewanie oczy. Nie widać po niej nawet tego, że oddycha. Nie przerwę jej teraz transu. Bo to wygląda, jakby wpadła w trans. Trans polegający na bezruchu. Całkowitym braku ruchu. Oznak życia. „Pani Nino, cierpliwie poczekam na powrót do opowieści o traumie” – myślę i jej bezruch udziela się też mnie. – …ten huk bomb… To dźwięk, którego nigdy nie zapomnę, on wraca do mnie przez całe życie i powoduje, że skóra aż cierpnie. Przerwaliśmy ćwiczenia, bo mimo że nikt nic nie powiedział, wszyscy zdaliśmy sobie sprawę, że to jest właśnie ten moment. Ta chwila, od której nic już nie będzie takie samo. Mój spokój przestał właśnie istnieć. Nasz spokój przestał istnieć. Obrócił się w perzynę, jak pierwsze budynki zbombardowane przez Niemców. Boże, jaki to był przerażający dźwięk. Mógłby obudzić zmarłego.

Popatrzyliśmy po sobie i zrozumieliśmy się bez słów. W tej chwili były one zbędne. Tłumaczenia nie miały sensu. Nie były potrzebne. Były czymś zbędnym. Co sił w nogach ruszyliśmy do wyjścia. W sumie rzuciliśmy się, żeby uciec z miejsca, które narażone jest na bombardowanie. Siedziba Teatru Wielkiego była ogromna, więc dobrze widoczna z samolotu. Stanowiła łatwy cel. Za łatwy. Zbiegaliśmy już po schodach, gdy pierwsza bomba spadła na nasz gmach.

Teatr aż zatrząsł się w posadach. Budynki, które wydają się potężne niczym twierdza, w wojnę są jak domki z kart. Wybiegliśmy na ulicę. Straciłam rezon. Straciłam świadomość, w którą stronę mam biec. Prawo… Lewo… Przed siebie… Zachowywaliśmy się niczym bezpańskie psy, gotowe do ucieczki, żeby wymknąć się z rąk hyclów. Tak nie powinno się dziać. Człowiek na to nie zasługuje. Człowiek… Nie dowiem się, jak brzmiała myśl Niny, bo ulatuje jej ona. W niebycie gdzieś ginie. Novak znowu zastyga. Domyślam się, że to sposób, aby nie dać się ponieść emocjom. Uciec przed nimi, bo przed emocjami Nina doskonale potrafi uciekać. Przed wspomnieniami już nie. – Biegłam. Biegłam przed siebie. Chciałam znaleźć się w domu, wśród swojej rodziny, bo świadomość, że bliscy są obok mnie, pozornie uspokoiłaby mnie. Nie wiem, ile czasu minęło, aż znalazłam się w mieszkaniu. Moja rodzina, cała rodzina zebrała się razem. Nie zdążyłam nawet opowiedzieć, co przed chwilą stało się z teatrem, gdy zauważyłam, że mój młodszy brat Edmund ma dziwny wyraz twarzy. Przerażający grymas. Dopiero wtedy wytłumaczono mi, co przed chwilą przeżył.

Edmund był świadkiem, jak po zrzucie jednej z bomb zawalił się cały budynek z ludźmi w środku. Mieszkańcy kamienicy umierali na jego oczach. Szok. Edmund przeżył szok, widząc konających starszych ludzi, osoby w jego wieku, dzieci… Sama miałam wrażenie, że za chwilę oszaleję, że znalazłam się w miejscu, w którym nie byłam, że wrzucono mnie w jakąś otchłań piekieł. Tyle że tego dnia naloty się skończyły, a idąc spać, bałam się, co przyniesie nowy dzień. Czy będzie to chwila spokoju, czy znowu stoczy się walkę na śmierć i życie. Mnie udało się wygrać jedną, ale nie było to prawdziwe zwycięstwo, był to łut szczęścia. Już pierwszego dnia zrozumiałam, że wojna nie ma reguł ani zasad, których należy przestrzegać, żeby przeżyć. Że to wszystko zależy od tego, co zaplanowano dla ciebie tam, na górze. Chociaż… Jeśli Bóg to wszystko zaplanował, nie wiem, jaki miało to cel. Wojna nie ma sensu. Żadna wojna nie ma. Żadna. Ten świst spadających bomb, te wybuchy… Odgłosy niszczonego miasta przerażały. Mroziły krew w żyłach i towarzyszyły nam dzień i noc. Nie byłam w stanie wyobrazić sobie, ile czasu przyjdzie mi żyć w tym koszmarze. W tym świdrującym w mózgu dźwięku… Czy doczekam jutra. Czy nazajutrz okaże się, że ktoś dla mnie ważny nagle zniknie z mojego życia.

Modliłam się, ile miałam sił. Wszyscy się modliliśmy. Tylko Bóg był głuchy na nasze prośby, błagania, lamenty… Bo my wszyscy w głębi duszy błagaliśmy, żeby ta gehenna, na którą nie zasługiwaliśmy, wreszcie znalazła swój koniec. Nie było dnia, żeby mieszkańcy naszej kamienicy nie zbiegali do piwnic, gdy pojawiał się dźwięk nadlatujących samolotów. Tłoczyliśmy się wszyscy w małym pomieszczeniu, pełni nadziei, że gdy bomba trafi w nasz dom, uda nam się przeżyć i wydostać na powierzchnię. W wojnę nagle rzeczy materialne, to, co posiadasz, przestaje mieć wartość. Wartością okazuje się twoje życie i życie najważniejszych dla ciebie osób. Dziękowałam za każdą godzinę, którą przyszło mi przeżyć. Ale ta świadomość, że każda kolejna może być ostatnia, to wyjątkowo wyniszczająca myśl. Chociaż cierpisz na przeraźliwy głód. Głód nie fizyczny, lecz metafizyczny. Głód życia. Życie staje się najcenniejsze ze wszystkiego, co tylko można sobie wyobrazić. Z czasem w naszej piwnicy zamieszkało coraz więcej osób, które utraciły domy w trakcie nalotów. Nikt ich stamtąd nie wypędzał. Nikt ich nie wyrzucał. Bo niby jakim prawem. Oni też chcieli żyć, identycznie jak my. Jak cała Warszawa. Jak cała Polska. Po drugiej stronie ulicy Grzybowskiej, dokładnie pod numerem 58, mieścił się wielki gmach warszawskich browarów, a dokładnie główny zakład firmy Haberbusch i Schiele. Właśnie tam wielu mieszkańców Warszawy przeniosło się na pewien czas, w tym i nasza rodzina. Widząc, co się dzieje z budynkami, gdy trafia w nie pocisk, stwierdziliśmy, że tam będzie bezpieczniej. Że gdy Niemcy zrzucą bomby na browar, mamy większą szansę na ucieczkę, wyjście z bombardowania na własnych nogach. Wszystko, co mieliśmy, w tym i jedzenie, znajdowało się na wyciągnięcie ręki, bo naprzeciwko nas. Jednak nawet ten krótki dystans, który należało pokonać, stawał się śmiertelną pułapką. Drogą, która dla każdego z nas mogła okazać się tą ostatnią. Staraliśmy się odwiedzać nasze mieszkanie sporadycznie. Tylko gdy rzeczywiście czegoś nam brakowało. Żegnaliśmy się przy tym czule.

Pewnego dnia po raz kolejny moje życie zostało położone na szali. Los znowu pogroził mi palcem, a na jego twarzy mignął kpiący uśmiech. Byłam akurat w naszym mieszkaniu, gdy usłyszałam, co za chwilę się stanie. Czekałam w napięciu, wytężając słuch. Byłam gotowa do walki o swoje życie w każdej chwili. Pierwsza bomba. Uderzenie było tak silne, że zwaliło mnie z nóg. Dosłownie. Podłoga zatrzęsła się z takim impetem, że przez chwilę musiałam zebrać myśli, czy jestem jeszcze w naszym mieszkaniu, czy spadłam do sąsiadów z dołu. Miałam kilka chwil do kolejnego bombardowania. Na klęczkach przesuwałam się w stronę drzwi, bo chciałam jak najszybciej opuścić budynek.

Czołgałam się po ziemi, a w duchu powtarzałam sobie, że jeszcze moment, że muszę wytrzymać, że zaraz będę z rodzicami. Że nie mogę się poddać – i się nie poddałam. Wojna to też próba twojego charakteru. Jeżeli dasz za wygraną, to koniec. Z kolei jeżeli spróbujesz zawalczyć o siebie, istnieje szansa, że uda ci się wyminąć twoje przeznaczenie. Tylko ile można uciekać… Zawsze przychodzi chwila, w której masz ochotę machnąć ręką, podnieść ręce do góry i powiedzieć, a w zasadzie wykrzyczeć światu: „Poddaję się! Nie mam już siły. Róbcie, co chcecie”. To naturalne. Mnie jednak zahartował taniec. Nie miałam myśli o życiowej kapitulacji. Za dużo już zrobiłam, za dużo poświęciłam, zbyt wiele potu wylałam, żeby dać za wygraną. Żeby przekreślić wszystko raz na zawsze. Życie jest wielką wygraną każdego z nas, wspaniałą nagrodą. I pojawiło się we mnie zacietrzewienie, że choćby nie wiem co, będę o nie walczyć. Nie miałam jednak pewności co do zwycięstwa. Jednak próbować zawsze trzeba. Zawsze!”

„Gdy przypominałam sobie, że jeszcze przed chwilą występowałam na scenach w Europie i Nowym Jorku, sama nie mogłam w to uwierzyć. Tamten czas wydawał się bajką, którą wyśniłam, snem, czymś, co zmyśliłam. Teraz nie byłam w stanie nawet kupić point do tańca. Nie mówiąc już o stroju. Ale zresztą po co miałabym mieć kostium albo odpowiednie buty. Nie istniało miejsce, w którym mogłabym występować. Nikt z nas nie miał. Ale Wójcikowski powtarzał, że jeszcze kiedyś wspomnimy jego słowa, gdy będziemy wolni i na nowo radość zagości w naszym życiu. Wierzyliśmy mu. Wierzyliśmy na słowo. Chcieliśmy wierzyć z całych sił, ale nic nie wskazywało na to, że dojdzie do zmiany. Że wróci równowaga. Że wróci szczęście. Ach, to w takich chwilach zdajesz sobie sprawę z tego, za jaki pewnik bierzemy momenty spokoju, chwile radości, bliskich czy jedzenie. Gdy to wszystko mamy, wydaje się nam, że nigdy nam tego nie zabraknie, bo niby dlaczego miałoby dojść do takiej sytuacji. Otóż może zabraknąć. Nagle. Niespodziewanie. Bez żadnego uprzedzenia. Bez znaku, który sugerowałby, że teraźniejszość stanie się odległą przeszłością. Tego nauczyła mnie wojna. Żeby zawsze dziękować za to, co się ma. I celebrować ten moment. Bo później pojawia się w nas złość, że nie dziękowaliśmy i nie cieszyliśmy się należycie, kiedy staliśmy przed taką szansą. Kiedy mieliśmy ku temu okazję. Ja od tamtej pory dziękuję za wszystko, co mam, co mnie spotyka, co mogłam zjeść, zobaczyć, czego posłuchać… Życie składa się z małych, prostych przyjemności. Tylko powinniśmy zdawać sobie z tego sprawę. Kto z nas dziękuje dziś za wolność? Za to, że żyjemy w momencie, kiedy wojny nas nie dotykają? Takich dziękujących znajdzie się garstka.

A powinniśmy być wśród nich wszyscy. Ja mam tę wiedzę, ale to tylko dlatego, że przeżyłam wojnę. I nikomu tego nie życzę, nawet jeśli wypływa z tego cenna lekcja, a tym samym życiowa wiedza, którą zdobyłam.”

DROGA DO OBOZU

„ Mamusia też została od nas odłączona. A mnie razem z siostrą wsadzono do wagonów. Bydlęcych wagonów. Niemcy nie widzieli w nas ludzi, tylko bydło. Zwierzęta. Chociaż nie, w ich oczach byliśmy czymś gorszym. Nie używam słowa „kimś”, bo w ich oczach nie byliśmy ludźmi. Więc jak mogliby mieć w stosunku do nas ludzkie odruchy? Było nas poczułyśmy w wagonie dużo. Dużo za dużo. Musiałyśmy stać, bo inaczej wagon nie pomieściłby nas wszystkich. Stłoczone, szarpnięcie i wrzask Niemca, żeby ruszać. Tylko dokąd? Żadna z nas nie wiedziała, co za chwilę się stanie.

Czy jedziemy na śmierć? Czy życie będzie nam darowane? Straszne to było. Duchota w wagonie była nie do zniesienia.

Łapczywie łapałam każdy oddech i czułam, jak strużka potu spływała mi po skroni. Spojrzałam w oczy mojej siostry, która stała naprzeciwko mnie, i uzmysłowiłam sobie wtedy, że do tej pory nigdy wcześniej nie widziałam po niej takiego smutku. Przerażającego smutku i zmęczenia. Pamiętam tę chwilę, kiedy coś we mnie pękło. Kiedy nagle poczułam, że wiara, a w zasadzie jej resztki, nagle zniknęła. Przestała istnieć. Pojawiły się we mnie czarne myśli i mroczne wizje.

Przestałam wierzyć, że dożyję chwili, że jeszcze stanę na scenie i będę tańczyć. Przestałam wierzyć, że spotkam się z rodziną. Że zapomnę, czym jest głód, że na nowo poczuję się jak człowiek. Bo Niemcy odebrali mi człowieczeństwo.

Brutalnie wyrwali mi je z rąk.

Marzyłam o wodzie, żeby ugasić pragnienie. Ale wody nie było, nie mówiąc już o jedzeniu. Głód powodował w ludziach senność. Poruszaliśmy się, jakbyśmy byli martwi za życia. Spowolnieni. Wycieńczeni. Ludzie widma. Nie wiem, po jakim czasie, ale pociąg mocno zahamował. Jakaś kobieta z przerażeniem jęknęła, że jesteśmy we Wrocławiu. Otwierane drzwi do wagonu wydały z siebie głuchy dźwięk, a Niemiec wydarł się do nas „Raus!”. Wyszliśmy pokornie. Serce podchodziło mi do gardła, gdy kazano nam stanąć w szeregu na placu. Milion myśli plątało się w mojej głowie. Czy nas rozstrzelają? Czy tu zakończę swój krótki żywot? Czy ktoś powiadomi moją mamusię, gdzie umarłam? Wolałam, żeby miała świadomość, co się ze mną stało. Zgromadzono nas na placu. Na samym jego środku stała beczka. Drewniana beczka, która w normalnych warunkach, w ludzkich warunkach, mogła służyć do kiszenia kapusty. A na tej beczce stał człowiek. Niskiego wzrostu Niemiec o twarzy wyrażającej nienawiść i obrzydzenie. Jego brwi zaciśnięte były w złowrogim grymasie. Nogi miał krótkie i krzywe. I tak stał, dzierżąc pejcz w dłoni. Wyglądał jak z koszmaru, który przeraziłby najodważniejszego. Był niczym ucieleśnienie demona. Kazano nam chodzić dokoła placu. W jedną stronę. Cały czas. Te tortury trwały w nieskończoność. Nocą też zmuszone byłyśmy do chodzenia. Ciemność, a my maszerujemy. Noga za nogą. Raz, dwa, trzy… Pecha miała ta, która złapała kontakt wzrokowy z człowiekiem na beczce. Co jakiś czas wskazywał on na jedną z nas, żeby następnie wyprowadzić ją z placu i zbić do krwi. Walił na oślep tym pejczem.

Pamiętam, jak Kazimiera szepnęła do mnie z obawą: „Tylko nie patrz na niego”. Ledwo powłóczyłam nogami, ale pokornie szłam dokoła. Z głową pochyloną ku dołowi. Wgapiałam się w ziemię. Boże… Nigdy nie zapomnę nienawiści, z jaką na nas patrzył Niemiec na beczce. Wreszcie przyszła chwila, w której nasze katusze dobiegły końca, a nam pozwolono położyć się na gołej ziemi, żeby zaznać odrobiny snu. Tylko to nie był sen, a raczej nieprzyjemna drzemka, z której co rusz wyrywał nas strach. Po raz kolejny kazano nam zgrupować się przed barakiem i oznajmiono, że teraz przyszła kolej na prysznic. Blady strach padł na nas wszystkie, bo coraz częściej mówiło się o tym, że Niemcy wykorzystują wielkie baraki, żeby gazować ludzi. Żeby pozbyć się nic niewartych ludzi. Dla nich nic niewartych.

Ponownie popatrzyłyśmy na siebie z Kazimierą z jeszcze większym niedowierzaniem i przerażeniem. Usłyszałyśmy, że mamy zdjąć ubrania i wejść do pomieszczenia. „Panie Boże, zlituj się nad nami. Choć raz”, pomyślałam. I Bóg tym razem się nad nami zlitował, bo to rzeczywiście okazał się prysznic, a nie komora gazowa. Gdy puszczono na nas wodę, aż zamknęłam oczy ze strachu. Ale to była woda. Zwykła woda.”

„Pamiętam, jak anwajzerka kroczyła dumnie przez nasz tłum, rozdając opaski, które musiałyśmy założyć na prawe ramię. Jedne dostawały kawałek szmaty w kolorze żółtym, inne z kolei otrzymywały fioletowe. I tak maszerowałyśmy przez Erfurt, do którego przetransportowano nas z Wrocławia. Jedna za drugą. Gęsiego. Ponownie doszłyśmy do wagonów. Znowu zamieniałyśmy się w bydło, któremu nie należy okazywać krzty respektu. Zresztą… W wojnę zapominasz, czym jest respekt, który odbierany ci jest na każdym kroku. Aż w końcu przyzwyczajasz się do jego braku. Drzwi ponownie zatrzasnęły się z głuchym łoskotem, a pociąg ruszył przed siebie. „Ja już nigdy nie zatańczę. Nie będzie mi to już dane”, obojętność zradzała się we mnie w zastraszającym tempie.

Znowu popatrzyłam na Kazimierę. Wyglądała strasznie. Domyśliłam się, że ja również nie przypominam siebie sprzed kilku dni. Zresztą, czy to coś zmieniało, czy miało znaczenie, jak wyglądam? Czy mam zmierzwione włosy? Czy moje ubranie jest wygniecione? To nie było w tej sytuacji ważne, było całkowicie bez znaczenia.”

W OBOZIE

Razem z siostrą i innymi kobietami trafiła pani do obozu pracy. – Jena/Thüringen stało się miejscem, w którym od tej pory miałam egzystować. Bo to nie było życie. To była egzystencja. Przyznano nam racje żywieniowe. Zakwaterowano w barakach. Codziennie musiałyśmy pracować po kilkanaście godzin. Fizycznie. Ale to nie było najgorsze. Nigdy nie zapomnę, jak poszłam do stołówki. Przeżyłam prawdziwy szok, widząc malutkie dzieci. Gotowe jeść z ziemi. Błagające o cokolwiek do jedzenia. Wychudzone, brudne, opuszczone, bez rodziców… Tak nie powinno wyglądać dzieciństwo.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że one mają trudniej, bo nie rozumieją sytuacji, w jakiej się znalazły. Dlaczego, zamiast bawić się na podwórku w ciuciubabkę czy chowanego, znalazły się w przerażającym miejscu, gdzie ludzie mówiący w obcym języku siłą zmuszają je do harówki. Jena była obozem pracy dla kobiet i dzieci. Czyli dla najsłabszych ogniw. Podejście Niemców do nas nie sugerowało, że nam pobłażano, pozwalano na wolniejsze wykonywanie obowiązków. Nic z tych rzeczy! Nie byłam w stanie przełknąć niczego, co dostałam do jedzenia, bo co rusz na horyzoncie wyrastało kolejne dziecko, które wyglądało jak skóra i kości. Oddawałam swoje racje żywieniowe, kiedy tylko było to możliwe. Ale z czasem głód doskwierał mi coraz bardziej. Stawałam się słabsza fizycznie, a to oznaczało jedno: gdy Niemcy zauważą moją niezdolność do pracy, że jestem powolna i słaniam się na nogach, potraktują mnie jako zbędną. Jako człowieka, który nie jest godzien dostawać cokolwiek. Z bólem serca zaprzestałam zwyczaju oddawania jedzenia. Musiałam myśleć o sobie. Jadłospis był ubogi. Każda z nas na tydzień dostawała bochenek chleba i trochę cukru. Chyba dawali nam go tylko dlatego, bo nie chcieli, abyśmy mdlały z głodu. A doskonale pamiętam, jak z wycieńczenia kręciło mi się w głowie.

Kazimiera też z każdym dniem gorzej znosiła trudy codzienności i stawała się coraz to słabsza i słabsza. Pocieszałyśmy siebie nawzajem, wspominając dawne czasy. Raz przypomniałam Kazimierze sytuację, gdy nasz tatuś dojechał do nas na letnisko do Miedzeszyna i miał ze sobą pełną torbę okruchów chleba. Pech chciał, że pakunek wypadł mu z rąk i zawartość wysypała się na peronie. Nasz tatuś był zawsze elegancki, więc dość dziwnie wyglądało to, że wysiadł z pociągu z resztkami chleba. Gapiom tłumaczył z lekkim wstydem, że wiózł okruszki dla kaczek, nie dla siebie.

Robiłyśmy to, żeby nie zwariować. Namiastka dawnego życia. Było nam to niezwykle potrzebne. Lagier bardzo odbija się na psychice. Siedzisz w zamknięciu z obcymi ludźmi i wykonujesz pracę, z którą nigdy wcześ niej nie miałaś do czynienia, w której nie widzisz sensu, a w zamian za to traktowany jesteś jak ktoś, kto nic nie jest wart. A już z pewnością nie jedzenia. Mijały miesiące. Przyzwyczaiłam się do tego, że co chwilę znika znajoma mi twarz. Był człowiek, żeby zaraz nie istnieć. Nikt nie tłumaczył, co się stało. Gdzie zniknęła osoba, która przez chwilę była elementem naszej egzystencji. Marnej egzystencji. Odartej z godności. Nieludzkiej. Traumatycznej. Nie pytałyśmy, bo nie było sensu. Każdy wiedział, co się stało. W ten sposób karmiono nas strachem. Wpychano nam go do ust na siłę. My się nim dławiłyśmy, bo nie sposób przełknąć strachu.”

„Jasia czuła, że jest obserwowana przez inne więźniarki. Zastanawiała się, co tak wzbudziło w nich zainteresowanie, że inne osadzone bacznie ją lustrują i coś przy tym szepczą. Nie była jednak w stanie nic usłyszeć. Ani jednego słowa.

Dopiero wieczorem sprawa się wyjaśniła, gdy kobiety zdecydowały się do niej podejść i ją zagadnąć. Spodziewała się, że usłyszy od nich niemiłe słowa. Że dojdzie do próby sił, a w tym przypadku Jasia była na straconej pozycji. Było odwrotnie. Nowe znajome z baraku powiedziały Nowakównie, że ją znają, wiedzą, kim jest, i że nie kryją podziwu dla artystki. I tego, że daje radę harować jak one. Przyzwyczajone do pracy fizycznej. – Przecież ty, Jaśka, pewnie znasz ważnych ludzi. – No właśnie! Nie może ci ktoś pomóc? W myślach Jasia nerwowo wertowała nazwiska osób, do których mogłaby się zwrócić o pomoc. Kogo mogłaby błagać, żeby na nowo zakosztować wolności. Kto może ją wyswobodzić.

Wyświadczyć jej przysługę, za którą będzie dziękować do końca życia. Czuła, że każdego dnia jest coraz słabsza i wolniej pracuje. Kara za żółwie tempo była nieunikniona. – Nowe znajome podsunęły pani słuszną myśl. – Było to dla mnie niezwykłe, że rozpoznały mnie w tych łachmanach. Z podkrążonymi oczami. Z pustym spojrzeniem. Zazwyczaj starałyśmy się być wszystkie dla siebie miłe, bo to była jedyna okazja do tego, żeby zaznać normalnego traktowania, które znałyśmy z przeszłości. Wśród nas wszystkich można było znaleźć wiele kobiet niemieckiego pochodzenia. Dziwiło mnie to, że w Jenie osadzają też swoich, ale nigdy nie dowiedziałam się, czy Niemki trafiły do nas dlatego, że przeciwstawiły się wojennym działaniom, czy popełniły innego rodzaju zbrodnię. Pracowały tak samo ciężko jak my wszystkie.

LODA HALAMA

„Przyszedł jednak taki dzień, który można uznać za cud. Wyszła pani z obozu pracy w Jenie, zanim go ewakuowano. Jak to możliwe?

W wojnę czasem dzieją się rzeczy niemożliwe. Cuda. Ale żeby się one stały, czasami musisz pomóc opatrzności. I ja pomogłam. Rozmowa z więźniarkami, które mnie rozpoznały, dała mi dużo do myślenia. Zastanawiałam się, do kogo mogłabym się zwrócić o pomoc, o wstawiennictwo, o szepnięcie słowa komu trzeba, żebym mogła wyjść z obozu.

Odpowiedź miałam na wyciągnięcie ręki, ale zajęło mi sporo czasu, zanim na nią wpadłam. Loda Halama! Ta sama, która widziała moje wystąpienia i kilka razy po spektaklu powiedziała mi, że nadejdzie dzień, kiedy będę wielką baleriną.

 Napisała pani do niej list? – Napisałam do Lody i jej siostry Zizi, z którą występowała czasami w duecie. Zizi wyszła dwukrotnie za mąż. Jej drugim mężem był lekarz, właściciel szpitala, w którym przyjmowani byli w trakcie wojny niemieccy żołnierze ranni na wojnie. Spotykało się to z ostracyzmem ludzi, ale, tak naprawdę, co oni mogli zrobić? Odmówić im pomocy? Przecież to oznaczałoby dla nich śmierć na miejscu. Każda więźniarka mogła raz w miesiącu wysłać list. Postanowiłam, że napiszę do nich. Długo wyczekiwałam dnia, w którym odbierano od nas przesyłki i wysyłano je do adresata. Liczyłam, że mój list nigdzie po drodze nie przepadnie i trafi pod wskazany na kopercie adres. Nie pozostało mi nic innego, tylko czekać.”

„Pewnego razu weszła do naszego baraku SS-manka i wyczytała moje imię i nazwisko. Gdy podeszłam do niej pełna obaw, bo nie wiedziałam, czego Niemka chce ode mnie, spojrzała na mnie i oznajmiła, że już za parę chwil wyjdę na wolność i powrócę do ojczyzny. Nie mogłam w to uwierzyć. Chciałam tańczyć ze szczęścia. Z radości chciałam krzyczeć wniebogłosy! Mój entuzjazm opadł jednak, gdy dowiedziałam się, że Kazimiera musi pozostać w łagrze i nie ma mowy, żebyśmy razem opuściły obóz. Pozwolono nam nawet zdecydować, która z nas wyjdzie: ja czy Kazia. Stanęłyśmy przed niezwykle trudnym wyborem, ale Kazimiera widziała mój wybuch radości na wieść, że wyjdę z obozu, i nie chciała nawet słuchać o tym, że to ona miałaby być wolna. Wyświadczyła mi życiową przysługę, jakiej może dokonać siostra. Możliwe, że w ten sposób podarowała mi życie. Narażając jednocześnie siebie…”

Wyjazd z Polski

„To był 1946 rok. Miałam dwadzieścia trzy lata. Uroczystość zaślubin odbyła się w kościele, a na terenie ambasady musieliśmy podpisać jakieś dokumenty. I chwilę po naszej małżeńskiej przysiędze Peter został wezwany do swojej ojczyzny. Zresztą od początku rozmawialiśmy o tym, że Polska nie będzie miejscem, w którym zamieszkamy. Byłoby to niezmiernie trudne, jeżeli chodzi o sytuację polityczną i atmosferę, która panowała wtedy w kraju. Uzgodniliśmy, że najpierw wyjedzie on, a ja z czasem dołączę do niego. I tak też się stało po kilku tygodniach od jego wyjazdu. Miejscem, w którym mieliśmy się spotkać już za parę chwil, był Nowy Jork.

W moim domu brakowało wszystkiego. Tliła się we mnie ogromna nadzieja, że ten wyjazd ułatwi życie mojej rodzinie, że dzięki mnie pomału odbudują normalność, wrócą na właściwe tory. Ta myśl była poniekąd głównym czynnikiem, dla którego zdecydowałam się na wyjazd z obcym mężczyzną.”

BALET – NOWY JORK

„To było moje być albo nie być. Skoro już wykonałam tyle trudu, żeby dotrzeć do miejsca, w którym się znalazłam, i odnaleźć Sonię, która była jedyną osobą gotową mi pomóc, nie mogłam zaprzepaścić takiej szansy. Wójcikowska podała mi również adres studia tanecznego, w którym mogłabym poćwiczyć przed przesłuchaniami. Byłam jej dozgonnie wdzięczna, bo drzwi do świata, który przed chwilą wydawał mi się nieosiągalny, nagle otworzyły się na oścież. Decyzja, czy przejdę przez nie z impetem, należała już tylko do mnie. – I przeszła przez nie pani dziarskim krokiem? – Pojawiłam się na przesłuchaniu. Tłum kobiet kłębił się przed salą, w której wybierano tancerzy i tancerki. Poprzeczka ustawiona była niezwykle wysoko. Widok tylu osób nie odebrał mi wiary w to, że może będę w gronie szczęśliwców. Trema jest potrzebna, ale w tym momencie zapomniałam o towarzyszących mi nerwach. Gdy przechodziłam przez próg sali, zobaczyłam twarze ludzi, od których zależał mój los w Nowym Jorku. Musiałam pokazać, na co mnie stać, na jakim poziomie tańczę, musiałam udowodnić, że jestem godna tego, żeby to właśnie mnie wybrali spośród tłumu innych tancerek. Wraz z dźwiękiem muzyki, który wypełnił salę, rozpoczęłam swoją choreografię. – I jaka była reakcja na pani popisy artystyczne? – Nie minęło pięć minut, a już zostałam zaangażowana. Byłam dumna, gdy podpisywałam swoją pierwszą umowę na występy taneczne. To był moment, w którym obiecałam sobie, że zrobię wszystko, aby nie zawieść oczekiwań mojego nowego zespołu, ale i samej siebie. Nie opowiadałam o tym, co przeszłam, bo nie chciałam być oceniana przez pryzmat wojennych doświadczeń. Nieraz niewiedza jest lepsza niż wiedza. I tak było w tym przypadku.

Właścicielka studia tańca, w którym miałam się dodatkowo szkolić, nazywała się Tatiana. Polubiłyśmy się od pierwszej chwili, więc same pozytywy spotykały mnie od tamtego czasu. Poradzono mi, bym skróciła swoje imię i lekko zmieniła nazwisko, żeby łatwiej można było je wypowiadać. Mówili to fachowcy, więc wierzyłam im na słowo. I tak oto z Janiny Nowak stałam się Niną Novak.”

„Nigdy nie zapomnę mojego spotkania z  Sergeiem Denhamem, gdyż był to dzień, który odmienił moje dotychczasowe życie. Zawsze byłam i będę mu wdzięczna za to, co dla mnie zrobił. Jednak nasze pierwsze spotkanie nie należało do najłatwiejszych ze względu na to, że cały czas kiepsko porozumiewałam się w języku angielskim. Znałam podstawowe słowa i zwroty, ale to nie wystarczyło, żebym mogła swobodnie rozmawiać o moim angażu do zespołu. Próbowaliśmy porozumieć się po rosyjsku, jednak dalej nie mogliśmy ustalić wszystkich szczegółów, omówić naszych wizji. Na szczęście w Ballet Russe de Monte Carlo zaangażowany był Polak, bardzo dobry tancerz Marian Ladre. Sergei poprosił, żeby sprowadzono Mariana do jego gabinetu, ponieważ tylko on był w stanie pomóc nam w dalszej rozmowie. Ladre był naszym tłumaczem. Teraz mogliśmy ustalić wszystko, co było trzeba. Obiecałam sobie wtedy, że muszę poświęcić czas i włożyć wysiłek, żeby móc śmiało rozmawiać po angielsku. Ameryka miała stać się moim domem… Ona już była moim domem, więc musiałam zdobyć tę umiejętność, nauczyć się mówić po angielsku. Nieumiejętność porozumiewania się w obcym języku, gdy żyjesz na wygnaniu, bardzo zamyka człowieka. Uniemożliwia mu wiele rzeczy i staje się problemem, jeżeli chcemy być częścią społeczeństwa. Mogłam, rzecz jasna, poruszać się wyłącznie w obrębie polskiej społeczności, ale to tym samym wiązałoby się z rezygnacją z moich planów. Oczywiście, początkowo myślałam tylko, że wyjazd do Stanów będzie sposobem na to, żeby pomóc mojej rodzinie. Niczym więcej. Jednak gdy otrząsnęłam nadają się do jego baletu, więc byłabyś cennym nabytkiem dla jego zespołu. Wpisujesz się w ich estetykę doskonale. –  Tatiano… Ja nie wiem, jak ci się odwdzięczę! No jak…?! – Pomyślisz o  tym, jeżeli zostaniesz zaangażowana. Na razie szlifuj swój warsztat i ćwicz najwięcej, jak się da. Przesłuchanie odbędzie się już za kilka tygodni. To dla ciebie, Nino, ogromna szansa. Nie zmarnuj jej. Dobrze ci radzę! Tatiana zabrzmiała srogo, ale była pewna, że Nina da sobie radę.

Obserwowała ją od dłuższego czasu. Znała jej przeszłość i w pewien sposób podziwiała ją za wytrwałość i za to, że choć była wyjątkowo utalentowana, nie wstydziła się występować w komercyjnych przedstawieniach. – Dziękuję ci… – Nina nie kryła wzruszenia. Tatiana przywróciła jej wiarę w ludzi i choć na chwilę zatarła przykre doświadczenia z przeszłości.

Już do końca dnia Nina nie była w stanie opanować swoich emocji. Chciała tańczyć, obracać się, robić piruety… Chyba nawet zrobiła jeden na ulicy, ale dziwne spojrzenie przechodnia powstrzymało ją przed dalszymi popisami. Szła pieszo do domu i uśmiechała się sama do siebie. Miała ochotę śmiać się w głos. Wysłuchano jej prośby. Wysłuchano jej modlitw. Wysłuchano jej pragnień. Zdawała sobie sprawę, że to spotkanie z legendarnym Denhamem może raz na zawsze odmienić jej życie. Sprawić, że spełni swoje marzenie. Że wróci do świata, który choć na chwilę obecną wydawał jej się daleki, tak naprawdę był na wyciągnięcie ręki. Los był w jej rękach. Wiedziała to. I przysięgła sama przed sobą, że nie się z wojennego marazmu, pojawiła się we mnie chęć do działania. Chęć podbicia scen. To leżało w mojej naturze, ponieważ świat baletu, w którym zostałam wychowana, przyzwyczaił mnie do tego, że zawsze byłam pierwsza. I to już od najmłodszych lat. Naturalne było to, że gdy jesteś solistką, trudno ci się nagle odnaleźć w corps de ballet. Byłam jednak przygotowana na to, że muszę się pokazać z jak najlepszej strony, żeby zauważono, że warto przyjąć mnie do zespołu. Denham dał mi wielką szansę i zaangażował mnie.”

SUKCES

Bardzo. Jeszcze na kilka dni dzielących nas od występu wszyscy byliśmy pewni, że to Alexandra Danilova wystąpi w roli Swanhildy. Jednak dostaliśmy informację, że w związku z kontuzją kolana Danilova otrzymała od doktora całkowity zakaz tańca, bo wysiłek fizyczny mógłby tylko pogorszyć jej stan. Rozumieliśmy to wszyscy, bo każdy z nas dbał o siebie i uważał na zdrowie. Bez sprawności fizycznej byliśmy nikim. Początkowo Denham zwrócił się z propozycją zastąpienia Danilovej do Yvette Chauviré, która gościnnie tańczyła w dwóch choreografiach: Giselle oraz Romeo i Julii. Jednak tancerka kategorycznie odmówiła przyjęcia kolejnej roli, a Denham rozłożył tylko ręce z bezradności, bo musiał znaleźć zastępstwo. Kolejnym nazwiskiem na jego liście byłam ja. Nie potrafiłam mu odmówić. Denham zaznaczył, że mam mało czasu, bo tylko trzy dni. – To wystarczy, żeby nauczyć się choreografii i nie dać plamy? – Jeśli się czegoś chce, wszystko jest możliwe. A ja chciałam. Nie miałam czasu dłużej się nad tym zastanawiać, że to jest moje być albo nie być. Danilova obiecała pomóc mi podczas przygotowań do roli. Moja przyjaciółka Tracy też zobowiązała się, że zrobi wszystko, co tylko trzeba, i poświęci swój czas. Moim partnerem w spektaklu był Frederic Franklin. Mój wróg numer jeden w Ballet Russe. Jednak musiał swoją nienawiść wobec mnie schować do kieszeni, bo od tego, jak zatańczę, zależało jego dobre imię. Ćwiczyliśmy trzy dni z rzędu. Dzień i noc. Prawie nie wychodziliśmy z sali baletowej. Musiałam do perfekcji nauczyć się trudnej figury tanecznej. Trzydzieści dwa obroty naraz… Coś, czego tancerki nie są w stanie opanować przez całą swoją karierę. – A pani? – Nie miałam innego wyjścia i  się nauczyłam. Wieczorem na dzień przed występem nie mogłam zasnąć, więc wzięłam tabletki nasenne. Zasnęłam. Ale gdy otworzyłam oczy, było już południe, a ja od dawna powinnam być na przymiarkach w teatrze. W popłochu wybiegłam z domu, ale szybko udało mi się dostać do teatru. Zdążyłam. Za kulisami trwało szaleństwo. Wszyscy przekrzykiwali się nawzajem. Słyszałam jedną wielką kakofonię polskiego, rosyjskiego, angielskiego… Obłęd, istny obłęd! Godzina zero zbliżała się nieubłaganie. Stałam już do wyjścia na scenę, gdy maestro rozpoczął grać. To był Boutnikov. Poczułam, że za chwilę zacznę się trząść ze strachu. Zrobiłam znak krzyża i zwróciłam się do Boga. Pamiętam też to, jak pomyślałam o Józiu. Poprosiłam, żeby tego wieczora miał mnie w swojej opiece i czuwał nade mną. Nadszedł ten moment… Weszłam na scenę… – Spektakl się udał? – Zatańczyłam tak, jak jeszcze nigdy w swoim życiu. Przez kilkanaście minut po skończonym spektaklu publiczność nie dała mi zejść ze sceny. Widzowie krzyczeli, bili brawo… Dopiero wtedy uzmysłowiłam sobie, jak bardzo mi tego brakowało. Jak potrzebowałam usłyszeć dowody na to, że dobrze tańczę.”

WYSTĘP W POLSCE

Wsiadając do samolotu, już nie mogłam się doczekać, aż ujrzę ich wszystkich. Przez kilkanaście godzin napełniał mnie inny strach niż ten, który znałam. Bałam się tego spotkania, ale jednocześnie czułam coś dziwnego. Choć nie było mnie w Polsce szmat czasu, bo to było ponad dekadę, w środku czułam, że wracam do domu. Do mamy.

320 TANIEC NA GRUZACH TANIEC NA GRUZACH  321

Samolot ląduje na warszawskim Okęciu i… – Moment, gdy otwierano drzwi do wyjścia, wydawał mi się wiecznością.

Trwało to kilkanaście sekund, a dla mnie ciągnęło się w nieskończoność. Dosłownie. Na drżących nogach wychodzę, idę po schodach i… widzę moją rodzinę. Widzę moich najbliższych. Widzę osoby, dla których gotowa byłam poświęcić wszystko. Życie. Moja mamusia, moje rodzeństwo. Czerwony dywan, ciągnący się od samolotu do samego budynku lotniska, gigantyczny bukiet kwiatów… Zbiegłam po schodach i rzuciłam się im w ramiona. Byłam ja, byli oni. I była cisza.

Ta chwila nie potrzebowała słów, nie potrzebowała okrzyków radości, łez wzruszenia. Ja, oni i cisza. Nie wiem, ile staliśmy w uścisku. Byłam w niebie. Byłam właśnie w miejscu, o którym marzyłam, rozmyślałam, za którym tęskniłam. O które obawiałam się, że już nigdy nie będzie dane mi zobaczyć. A teraz… Świat nagle stracił dla mnie znaczenie: to, co było, to, co będzie. Liczyło się tylko to, co jest tu i teraz. Ja nie byłam w tej chwili Niną, baletnicą z Nowego Jorku.

Znowu stałam się Jasią. Dziewczyną, która marzyła o tańcu i dla której rodzina była wszystkim. I nadal jest. Popatrzyłam im w oczy i wzięłam haust powietrza. Pachniało inaczej niż w Stanach. Pachniało domem.

Postawiłam sobie za punkt honoru, że w warszawskiej operze dam z siebie wszystko, zatańczę tak, jak jeszcze nigdy w życiu. Zależało mi na tym. Czułam, że jestem to winna mojej ojczyźnie. Warszawie, która przez lata była miejscem mojego życia, która przygotowała mnie do zawodu tancerki. Moim partnerem w trakcie pobytu w Polsce był Zbigniew Strzałkowski. Bardzo stresowałam się wieczorem, gdy przyszło mi wreszcie zatańczyć. Na spektaklu pojawili się cała moja rodzina i znajomi ze szkoły baletowej. Dopiero z czasem dowiedziałam się, że ilekroć moi koledzy przychodzili do mnie do hotelu, prosząc, żeby powiadomiono mnie, że są i czekają na mnie w hotelowym lobby, tylekroć otrzymywali informację, że wyszłam. Mnie z kolei nie przekazywano wiadomości, że ktokolwiek był i chciał się ze mną zobaczyć.

Starano się nas izolować od siebie. Wszak przyjechałam z Ameryki, a to już powinno być dużym ostrzeżeniem dla wszystkich. Dla nich nie byłam już Polką, ale poniekąd zdrajczynią. Gdy stałam na scenie, a orkiestra rozpoczęła grać, pierwsze dźwięki Giselle przyprawiły mnie o ekscytację mieszającą się z przerażeniem. Ten występ był jednym z najważniejszych w moim życiu, bo stanowił świadectwo, że poświęciłam się tańcowi, a moje starania nie poszły na marne. Że jestem godna uroczystego przyjęcia w ojczyźnie i należycie ją reprezentuję. Mój taniec poprzedziła niezwykła reakcja publiczności. Nie zdążyłam nic pokazać, zaprezentować, a już zebrałam brawa. Ludzie klaskali, a to dało mi ogromną dawkę energii. Do dziś pamiętam dźwięk braw… Serce trzepotało mi w piersi, bo się stresowałam. Chciałam, żeby Polska była ze mnie dumna. I była. Bo to, co działo się na sam koniec… Ta radość ludzi… Ten aplauz z ich strony… Boże! Jaka ja byłam szczęśliwa. Krzyczeli moje imię, skandowali je zewsząd. Był to najlepszy dowód, że nie zawiodłam ich oczekiwań. Że nie zawiodłam mojej rodziny. Że nie zawiodłam siebie. Magicznym momentem było, gdy po występie pojawili się na scenie mężczyźni, którzy nieśli naręcza kwiatów. Dla mnie. W uznaniu dla mojej choreografii.

Ukłoniłam się w podzięce za niesamowite przyjęcie i wtedy oczy moje i mojej mamy się spotkały. Ta chwila nie potrzebowała słów ani innych gestów. Zauważyłam łzy. Łzy dumy, miłości, łzy straconych lat. Świat na chwilę się zatrzymał, a ja przestałam słyszeć brawa i okrzyki. Widziałam tylko ją… Byłybyśmy innymi ludźmi, gdyby nie to, co wydarzyło się przed laty. Choć wojna próbowała zbudować między nami przepaść, nam udało się zatrzymać miłość i relację, choć nie widziałyśmy się kilkanaście lat. Sama świadomość tego, że jesteśmy dla siebie, choć dzielą nas długie kilometry, już była wygraną. Wojna mogła zabrać mnie albo moją mamusię. Na szczęście nie udało jej się to. Miałam ochotę zejść ze sceny, podejść do mojej mamy i mocno ją przytulić, ale młodzi tancerze z teatru porwali mnie ze sobą. Posadzili mnie na swoich ramionach i zanieśli do garderoby. W ten sposób w teatrze oddawało się niegdyś cześć artystom. Piękna tradycja. Dziś już chyba zapomniana. Gdy znalazłam się za kulisami, byłam rozemocjonowana, roztrzęsiona. I pojawiła się wówczas myśl, że oddałabym wszystko za to, żeby mój występ zobaczył ktoś jeszcze. Mój tatuś i Józio. Rozpłakałam się, ale nie jestem w stanie powiedzieć, czy były to łzy rozpaczy, czy szczęścia. Pewnie jednego i drugiego. W tak wzniosłych chwilach zawsze czułam brak. Brak osób, które odeszły przez wojnę. Minęło już tyle lat, a ja dalej miałam w sobie ruiny. Ruiny wspomnień. Moje wnętrze było w gruzach, a ja, mimo najszczerszych chęci i starań, nie byłam w stanie ich odbudować. I tak tańczyłam na tych gruzach. Gruzach pamięci, gruzach wspomnień o szczęściu i bliskości najbliższych. Niemcy nie są w stanie nawet wyobrazić sobie, jaką krzywdę nam wyrządzili. Jak byliśmy i jesteśmy przez nich pokiereszowani. Zawahanie, rozrzewnienie, wzruszenie… – W poznańskiej operze również przeżywam artystyczne uniesienie. Widownia przyjmuje mnie równie entuzjastycznie, jak w Warszawie.

Tańczę Jezioro łabędzie, które reżyseruje Olga Stawska. Stawska była solistką, gdy formowano balet reprezentacyjny. Życie nas obu przerwała wojna, ale byłyśmy najlepszym dowodem na to, że nie ma siły, która zniszczyłaby determinację i pragnienie. Byłyśmy takie młode, kiedy doszło do nieszczęścia… A dziś znajdowałyśmy się w kompletnie różnych punktach życia. Szczęśliwe z tego, co udało nam się osiągnąć.”

„Pani Nino, a tak szczerze, dobrze pokierowała pani swoim życiem? – Wykorzystałam każdą z danych mi szans.”

TERAZ

„A jest pani zła, że w Polsce nawet tancerki po szkole baletowej nie wiedzą, kim pani jest?

Ja znam swoją wartość, ale nie rozumiem tego, że podejście do mojej osoby jest takie, a nie inne. Że jestem traktowana, jakbym zrobiła komuś coś złego. Wyrządziła krzywdę, której nie da się wybaczyć, bo ta krzywda jest aż tak gigantyczna.

Pogodziłam się z tą sytuacją, ale chciałabym zostawić coś po sobie dla Polski. Ja mam w swoim dorobku tyle choreografii, które opracowałam.

Nie chcę za nie pieniędzy, bo mam za co żyć. I to bardzo godnie. Cały czas moja szkoła działa w Wenezueli i ma na koncie ogromne sukcesy. Chciałabym jednak, żeby w kraju, który jest tak dla mnie ważny, zostało coś po mnie. Żeby młodzi tancerze mogli korzystać z mojej pracy. Mnie poznał cały świat. A to, że wyjechałam za granicę i tam spędziłam większość życia, nie powinno czynić ze mnie ani wroga, ani tancerki, która w swojej ojczyźnie powinna zostać zapomniana. Powinno czerpać się ode mnie. Powinno wykorzystać się mnie, póki jeszcze można. To chyba nie aż tak duże oczekiwania, prawda? – Prawda. – Mnie nie zostało zbyt wiele czasu. Mam tego świadomość. Najlepsze szkoły tańca na świecie wykorzystują moją wiedzę, bo zdają sobie sprawę, że to, co otrzymałam od takiej Niżyńskiej czy Wójcikowskiego, za chwilę zniknie. Razem ze mną. To jest ostatni moment, by skorzystać z wiedzy, którą mam. Którą otrzymałam w spadku po największych tancerzach w historii tańca. Widzę po niej, że targają nią emocje. Że nie jest w stanie pojąć naszego podejścia do niej. I niechęci. Bo to jest nic innego jak niechęć. Przychodzi moment, gdy musimy się zbierać, bo godzina rozpoczęcia spektaklu zbliża się nieubłaganie. Nie obejrzałem żadnego z trzech aktów Jeziora łabędziego. Patrzyłem tylko na nią. Bo znowu przemawiała przez nią muzyka. I to było znacznie ciekawsze niż tancerze na scenie.”
PRZECZYTAJ JESZCZE
Koronawirus
340834
zobacz mapę / szczegóły
REKLAMA

Kalendarz Wydarzeń / Koncertów / Imprez w Polsce

kiedy
2021-01-02 17:00
miejsce
Internet, Internet, Streaming online
wstęp biletowany
kiedy
2021-01-07 20:00
miejsce
Internet, Internet, Streaming online
wstęp biletowany
kiedy
2021-01-09 17:00
miejsce
Internet, Internet, Streaming online
wstęp biletowany
kiedy
2021-01-16 17:00
miejsce
Internet, Internet, Streaming online
wstęp biletowany