27 listopad 2023

Łabędzi śpiew I

zdjęcie: Łabędzi śpiew I / pixabay/293157
Myślę, że wszyscy moi znajomi kochają się namiętnie i wyczyniają wszystkie te rzeczy, o których ja mogę jedynie poczytać. Widzę przecież nabrzmiałe od witalności ciała; na każdym kroku eksponują one dumę z bycia człowiekiem. W szkole czy na miejskich ulicach – nie ma to znaczenia. Ci ludzie są młodzi, a takich wszędzie jest mnóstwo i nic nie wskazuje na to, aby kiedykolwiek miało być inaczej.
REKLAMA
Myślę, że coś tu jest nie w porządku. Pan Freud powiedział mi ostanio, podczas naszej porannej kawy, że niezaspokojone potrzeby wpędzają w lęki, a trzęsące się dłonie i marznięcie w temperaturze pokojowej spowodowane są rozczarowaniem oraz tęsknotą – organizm miałby w ten sposób komunikować jego butnemu posiadaczowi, że błądzi on tam, gdzie nie należy. Chciałabym jednak móc się wyrwać spod szczelnego uścisku własnych tkanek i stanąć przed światem jako świetna ja, byt absolutnie doskonały, niezezwierzęcony. Tego się bowiem boję najbardziej – obniżenia mi statusu w społeczeństwie i wzięcia mnie za (do diabła z tym) burzę hormonów ujętą w śmierdzący wór cielesny. Trudno mi z tym, ale powinnam raczej się poddać i nie udowadniać swojej wybitności tam, gdzie jej nie chcą, gdzie jedna z drugą sobie paplają o tym, jak pięknie podnoszę wszystkim morale. I być może faktycznie coś podnoszę, ale nie innym, a samej sobie.

Po ucichnięciu większych afer zwykle trudno jest mi się podnieść. Jeśli, dajmy na to, kopniesz piłkę, skubnie ona cząstkę niebiańskiego firnamentu, zadowoli się swą wyższością nad światem przez sekundę i ostatecznie rozbije się o grunt. Ja jestem tą piłką: podlegam prostemu schematowi, w którym daję się „wykopać”, pozostaję na górze przez chwilę, a po przedstawieniu ląduję.

Nie jesteś w stanie tego zobaczyć, ale śmieję się szeroko w odpowiedzi na tę genialną, pijacką metaforę... Aż trudno uwierzyć, że wymyśliłam to przed chwilą... Jest piękna w swojej postaci i nie pozwolę jej sobie stąd wyciąć. Wierzę, że wypowiedzianego nie da się cofnąć, a jego moc niemal zawsze pozostaje sprawcza jak ten popiół, który przypala mi teraz spodnie.

Pojedyncze słowa są ulotne, lecz zdania nas zmieniają. Wiem, że to powód, dla którego nikt nie poznał się na moim kochaniu. Po milczenie sięgam zwykle chętniej, ponieważ nie lubię odpowiedzialności za innych i samą siebie. Będąc tu i chwiejąc się, mogę teraz przynajmniej z pewnym poczuciem satysfakcji stwierdzić, że moje „kocham” nigdy nie zostało zmiażdżone. Moi znajomi nie mogliby powiedzieć tego samego,  gdyż oni kochali głośno i zdobywali na pokaz, żeby móc potem mieć to, czego nie mogę mieć ja, byt absolutnie doskonały. Oni mieli macanki na przystankach, a moje palce muskały jasne grzbiety ksiąg pierwotnych. To wybór, to zawsze jest jakiś wybór, choć tamtego ranka te same palce zapragnęły Skóry. Ona była powłoką pergaminową; sądzę, że mogłybyśmy się polubić, gdyż czułam na sobie Jej nieustępliwość. Coś takiego rzadko się przytrafia i jestem przekonana, że podobnej sytuacji nie będzie można sprowokować, bo gwiazdy dają zielone światło wyłącznie raz. Czy czuję się spalona? Tak, zdecydowanie. I na nic zda się tłumaczenie, że, zamknąwszy tamto drżące ciałko między ramionami, oszalałam.

Myślę, że moi znajomi mogą mieć rację, gdy biorą mnie za wybrakowany element rzeczywistości. Samej zdarza mi się tak uważać, bo ciężko jest znaleźć inne wyjście w sytuacji, w jakiej wyjścia nie ma. Rozumiesz? Nieuzasadniony głos wewnętrzny nakazuje, bym rozejrzała się po blokowiskach wyrastających przede mną w poświecie marketowego neonu. Każe mi szukać. Połykam więc siwiznę dymu i szpieguję w nocnych oknach, ale tam czeka jedynie martwa nicość. Bodźców już nie będzie. Papieros się spalił.

Autorka: Zuzanna Menard

Kolejna część już wkrótce!
PRZECZYTAJ JESZCZE
Koronawirus
REKLAMA

Kalendarz Wydarzeń / Koncertów / Imprez w Polsce