REKLAMA
Balansował na granicy. To zapadał w ciemność, to odzyskiwał wzrok i węch, nawiązując wiotki kontakt z rzeczywistością. Nie odróżniał, czy to naprawdę czy w majakach widzi swojego człowieka, wpatrującego się w niego z zatroskaną miną, albo podającego mu świeżą miskę wody. Nie wiedział, czy jego dawna wataha rzeczywiście czuwa gdzieś w pobliżu, czy tylko mu się to wydaje. Czasem przez mrok nieprzytomnego letargu przebijało się wrażenie, jakby ciepły język matki koił wszystkie obolałe miejsca na jego poranionym ciele. Ale poza tym tkwił zawieszony w ciemności i bólu, doceniając spokój, jaki zapewniały mu długie okresy odcięcia od bodźców z otoczenia.

W żaden sposób nie był w stanie określić, ile czasu trwało takie balansowanie. W pewnym momencie po prostu otworzył oczy i z zaskoczeniem stwierdził, że widzi świat równie ostro jak dawniej. Był słaby, obolały, ale w pełni nawiązał zmysłowy kontakt z rzeczywistością. Podniósł się i stojąc na chwiejnych łapach zaczął rozglądać po otoczeniu. Było pusto, ale gospodarstwo w którym mieszkał wyglądało trochę inaczej niż pamiętał. Zwalony częściowo płot, bałagan, zapachy wilczych odchodów, porozrzucane narzędzia. W powietrzu czuć było znajome zapachy, odległy - człowieka i dziwnie bliski - wilków.

Po dłuższej chwili udało mu się zsynchronizować węch ze wzrokiem i dojrzeć w gęstych krzakach swoich towarzyszy zabaw z dzieciństwa. Sześć wielkich, dobrze odżywionych wilków, wpatrywało się w niego czujnie. Gubiąc co chwilę ostrość widzenia zaczął wciągać powietrze i przypatrywać się im uważnie. Szybko zorientował się, że jest komplet czworga rodzeństwa i dwa, nieznane mu wcześniej osobniki. Skupiał się na tym co jest, co widzi i czuje właśnie w tym momencie, więc nie uświadamiał sobie, że nie było wśród nich ojca, matki, ani szczeniaków, które wiosną dołączyły do ich watahy.

Długo nie był w stanie tak stać, więc położył się z powrotem na legowisku, nie zamykając oczu i czujnie rejestrując wszystko, co działo się wokół niego.
Po chwili otworzyły się drzwi domu i wyszedł z nich jego człowiek, niosąc wodę i jedzenie, które, gdy je zobaczył, skojarzyło mu się z majaczącymi wspomnieniami poprzednich posiłków. Ku jego zdumieniu, jego wataha nawet nie drgnęła na widok człowieka. Żaden z wilków nie pokazał mu żadnych sygnałów ostrzegawczych, żaden nie wyglądał też, jakby chciał się oddalić albo schować.

Spojrzał przelotnie, choć z wdzięcznością, na swojego człowieka i zaczął powoli jeść. Nie czuł głodu, nie czuł też potrzeby zaznaczenia człowiekowi, że to jego posiłek. Raczej tylko pchała go do jedzenia jakaś instynktowna, głęboko osadzona w nim wola życia. Zjadł niewiele, popił świeżą wodą i zapadł w sen. Zupełnie inny niż do tej pory, sen wyczerpanego ale zdrowiejącego zwierzęcia.

Ten rytuał przebudzeń, rozglądania się, posiłku, powtarzał się regularnie. Za każdym razem okres aktywności wydłużał się, a wielkość zjedzonego posiłku zwiększała. Cała reszta pozostawała doskonale niezmienna. Otoczenie w gospodarstwie, zwalony płot, spokojny człowiek, spokojna wataha wilków w zasięgu wzroku. O czasu do czasu wałęsał się po gospodarstwie, ale wszyscy jakby szanowali jego samotność. Ani człowiek nie zabierał go do lasu, ani wilki nie zbliżały się zbyt blisko. Trwał w zawieszeniu. O ile przechylił przez poprzednie dni szalę w swojej indywidualnej walce o życie, o tyle istnienie dwóch, wykluczających się i istniejących odrębnie od siebie światów, do których przynależał, byłoby dostrzegalne dla każdego, kto mógłby te sceny oglądać z boku.

Przyszedł taki moment, kiedy w swoich wędrówkach dookoła legowiska zbliżył się do wyrwy w płocie, za którą obozowały w krzakach wilki. Wywołał tym wielkie ożywienie po ich stronie. Wszystkie podniosły się jak na komendę, utkwiły w nim wzrok i popiskując na granicy słyszalności pokazały po sobie wielkie zbiorowe wyczekiwanie. On też zastygł w bezruchu, wyczuwając, że w powietrzu wisi jakaś inna energia, niż w chwilach poprzednich kontaktów wzrokowych między nimi. Niemal jednocześnie z poderwaniem się watahy otworzyły się drzwi domu i stanął w nich jego człowiek. Ani wilki, ani on, nie zrobili nawet kroku. Instynktownie narastająca konieczność dokonania wyboru, wspierana była przez dramatyzm tej krótkiej, statycznej chwili, jakby starannie wyreżyserowanej w każdym szczególe w której aktorzy stali po dwóch stronach rozdartego wilka.
Jednocześnie jednak wszystko, co unosiło się w powietrzu, mimo dramaturgii tej sceny, miało w sobie jakąś fatalistyczną pewność wyboru, którego za chwilę dokona. Rzucił krótkie spojrzenie na człowieka, może o ułamek sekundy dłuższe niż patrzyłby normalnie i przekroczył granicę ogrodzenia. Wilki stały nieruchomo i wpatrywały się w każdy jego ruch. Wyglądało, jakby oceniały jego wygląd, zdrowie, kondycję, choć równie dobrze mogły skupiać się tylko na obserwacji tego, dokąd się kieruje. Kiedy podszedł bliżej, cała wataha w jednym, jakby zsynchronizowanym ruchu, rozstąpiła się i otworzyła mu przejście w kierunku lasu. Wyczuł, że nie będzie żadnego powitania, ani zabaw. Wyczuł, że nic już nie będzie takie samo i każdy jego, najdrobniejszy nawet ruch zadecyduje o tym, jak potoczy się dalsze życie ich watahy. Poczuł, że siła i doświadczenie, które zdobył, dają mu przewagę nad każdym potencjalnym konkurentem do przewodzenia stadem. Żaden z wilków, idących jego śladem w stronę lasu, nie obejrzał się na człowieka, który stał w progu swojego domu, z błyszczącą łzą wzbierającą w jego oku.

Marcin Balicki
 
PRZECZYTAJ JESZCZE
Koronawirus
36412
zobacz mapę / szczegóły
REKLAMA

Kalendarz Wydarzeń / Koncertów / Imprez w Polsce